
.
„Wychowanie do wolności” to ulubiona mantra powtarzana przez liberalnych edukatorów. Uważają oni, że dawniej wychowywano do zniewolenia
i dopiero wraz z nimi nadchodzi „złota era” pedagogicznej wolności.
Nie ma wolności bez opanowania słabości
W tym podejściu tkwi fundamentalny błąd. Mylą oni samowolę z wolnością. Jakiekolwiek „wychowanie do wolności”, które nie prowadzi do panowania nad sobą, zawsze będzie „wychowaniem do samowoli”.
Gdy rządzą popędy, wady, słabości, nie może być mowy o wolności!
Przykład. Urzędnik „wychowywany do wolności” teoretycznie wie, że nie należy brać łapówek. Ale co z tego, że wie? Jeśli w pogoni za wolnością nie nauczył się panować nad chciwością, to nie będzie miał siły, aby oprzeć się pokusie łatwego zarobku.
„Wychowanie do wolności” może też bardziej jawnie sprzyjać łapówkarstwu. Jeśli oparte zostanie na samowoli (dyktacie słabostek i popędów), oraz przekonaniu, że „ja” kreuje moralność, wówczas będzie sprzyjało usprawiedliwianiu każdego szemranego zachowania.
Dlatego też prawdziwe wychowanie do wolności musi opierać się na formowaniu cnót.
Cnota wyrównuje szanse edukacyjne!
Sprawności moralne opanowują głównie popędy niższe i wolę, tym samym udysponowują nas do czynienia dobra.
Dzięki nim w sposób świadomy i wolny możemy podjąć decyzję, która nie będzie zdeterminowana naciskami płynącymi ze sfery zmysłowo-popędliwej.
Warto tu podkreślić, że cnota nie determinuje naszego wyboru, tylko pomaga opowiedzieć się za dobrem. Można powiedzieć, że wyrównuje szanse, usprawniając naszą słabowitą naturę.
Jednak za długo błąkam się po tym świecie, żeby wyciągnąć stąd prosty wniosek, iż ukształtowanie cnoty załatwia sprawę raz na zawsze. Dzięki niej mamy możliwość pójścia dobrą drogą, ale w przyszłości różnie z tym może być.
Zwycięża się w boju, a nie teoretyzując
Można nauczyć się, jak trzymać widelec, ale kwestia wyborów moralnych zawsze pozostaje otwarta.
Cnota pomaga nam podjąć właściwą decyzję, ale – powtarzam raz jeszcze – jej nie przesądza. Bo na tym polega jej istota – jest wolna z natury. Gdyby wszystko przesądzała, należałoby raczej mówić o nawyku, niż cnocie.
Ale z tej obserwacji płynie też pesymistyczny wniosek. Otóż wiele osób przerzucając się na klasyczne i katolickie wychowanie myśli sobie, że w ten sposób łatwo i skutecznie rozwiąże ewentualne problemy wychowawcze ze swoimi dziećmi.
Niestety, to tak nie działa. Wiedząc co i jak robić, trzeba jeszcze stoczyć walkę o cnoty swojego dziecka. Tutaj zwycięża się w codziennym boju, a nie teoretyzując, choć oczywiście podstawową wiedzę trzeba posiadać.
Współczesny świat, czyli media, popkultura, systemy szkolne, warunki życia (np. praca rodziców poza domem i związana z tym praktyczna niemożność kontrolowania swoich pociech), przeszkadzają we właściwym formowaniu cnót, czyli „drugiej natury”.
W tych warunkach ich uformowanie wymaga dużej determinacji rodziców.
Wolność i falowanie
Z drugiej strony, nawet, gdy to się powiedzie, czyli uda się usprawnić dziecko (przynajmniej w jakimś tam stopniu), to cnota nie jest dana raz na zawsze i wymaga podtrzymywania i czuwania.
Zawsze istnieje ryzyko, że w przyszłości dziecko pobłądzi i na przykład wpadnie w kołowrotek zawiłych sytuacji, które poprowadzą w kierunku zła. Grzeszność jest ciągłą zmorą człowieka.
Doskonaląc sprawności wzmacniamy charakter do walki z nią, ale falowanie w tym zakresie jest praktycznym doświadczeniem człowieka.
Nigdy nie możemy być jutra, dlatego z wychowaniem zawsze wiąże się pewien niepokój. Ten niepokój możemy pokonać, otwierając się na cnotę nadziei, a ta z kolei wiąże się z duchową pracą, którą musimy sami wykonać.
Fot: ikona wpisu Pixabay.com/pl
ZAMÓW KSIĄŻKĘ




