
.
Czy spokój ducha i radość życia można wypracować? Wydaje się, że tak, bo różne sprawności przecież się formuje w ramach rozwoju duchowego. Jednak to złudzenie – pokój i radość nie są sprawnościami, dlatego nie można ich bezpośrednio wypracować.
Co zatem robić, aby osiągnąć wewnętrzny spokój i radość życia? O tym w niniejszym artykule napisanym w nawiązaniu do poglądów św. Tomasza z Akwinu.
Zacznijmy od rzeczy podstawowych.
Czym są spokój ducha (pokój wewnętrzny) i radość życia?
Pokój wewnętrzny to stan, gdy rozum i wola, a także zmysły, uczucia podążają zgodnie w jednym kierunku (por. św. Tomasz z Akwinu, Suma teologiczna, t. 16: Miłość, przeł. ks. Andrzej Głażewski, Londyn 1967, II-II, q. 29, a.2 ). Nie ma między nimi żadnych „kłótni”, również czynniki zewnętrzne nie przeszkadzają w stałym, zgodnym podążaniu do celu. Według św. Augustyna taki stan to „cisza porządku” (cyt. za tamże, q. 29, a.1, ad 1).
O ile pokój jest bezkonfliktowym przybliżaniem się do celu, to:
„Radość wynika z miłowania już to z powodu obecności dobra miłowanego, już to z powodu tego, że ten, kogo kochamy trwale ma dobro mu właściwe” (tamże, q. 28, a. 1).
Radość życia zatem uzależniona jest od posiadania dobra, które jest dla ważne. Przy czym trzeba odróżnić ją od postawy wesołkowatej, które bierze się z lekkiego podejścia do życia i koncentrowania się na przyjemnościach mających swoje źródło w zmysłach. Radość ma głębsze podstawy duchowe i jej źródło jest raczej w rozumie.
Owoce zamiast sprawności
Omawiane tu stany ducha nie są sprawnościami (tamże, q. 28, a. 4 i q. 29, a.4,), czyli nie da się ich bezpośrednio wypracować. Wszelkiego rodzaju ćwiczenia, które mają prowadzić do pokoju i radości mogą przynieść tylko doraźny lub zewnętrzny skutek.
Pokój (spokój ducha) i radość rodzą się tylko z miłości Bożej, której są owocami (tamże, q. 28, a. 1 i q. 29, a. 3). Tylko ona ma w sobie moc sprawczą, mogącą nadać im trwałego charakteru. (Zagadnienia związane z pokojem duchowym podejmuję w książce ➡ „Decyduj i walcz! Podstawy formowania charakteru”.)
Podstawowa wskazówka jaka się tu nasuwa brzmi: skoncentrujmy się przede wszystkim na rozwijaniu miłości Bożej.
Czym jest miłość?
Po ziemsku rozumiana miłość (według Arystotelesa) jest swoistym połączeniem lubienia z życzliwością. Z jednej strony pojawia się przyjazne uczucie, które jest formą pożądania jakiegoś dobra związanego z daną osobą, z drugiej – coś, co możemy określić: życzeniem komuś dobra (cyt. za: tamże, q. 23. a.1, s. 10). Celem miłości jest nie tylko nasze dobro, ale również (przede wszystkim!) drugiej osoby.
Jeśli zaś nie zależy nam na cudzym dobru, ale za to pragniemy go dla siebie, to nie zostaje spełniony podstawowy warunek miłości. Można to zaobserwować w różnych typach miłości, nawet w przypadku zwykłej przyjaźni koleżeńskiej między kolegami czy koleżankami.
Przykład: niekiedy dzieci w szkole „przyjaźnią” się z kolegą, bo ma on niedostępne dla innych zabawki lub kupuje w sklepiku szkolnym słodycze, którymi chętnie obdarowuje „kolegów”. Owi „koledzy” nie mają zamiaru odwzajemnić się jakimś dobrem szczodremu koledze. Chodzi im tylko o wykorzystanie jego pieniędzy.
Co więcej, nawet w miłości rodzicielskiej może pojawić się taki motyw egoistyczny. Rodzice mogą potrzebować dzieci do spełnienia swoich ambicji, a z kolei dorosłe dzieci finansowo wykorzystywać ojca czy matkę.
W powyższych przypadkach dana osoba traktowana jest przedmiotowo, dokładnie tak, jak w przypadku zwykłej rzeczy, która daje korzyści praktyczne bądź przyjemności. Niektórzy mówią nawet, że „kochają czekoladę” czy „szybkie samochody”. W rzeczywistości chodzi o pożądanie.
Czekoladzie nie możemy „życzyć dobra”, ale ludziom już tak. Jeśli zaś te osoby traktowane są przedmiotowo – powtarzam – nie chodzi o miłość, lecz pożądanie.
Jeszcze jedno. Lubienie połączone z życzliwością, to co prawda miłość, ale niespełniona. Aby miłość była spełniona musi być wzajemna (tamże, q. 23, a. 1, s 10-11). Nie wystarczy, że A lubi B. B musi jeszcze odwzajemnić lubienie.
Miłość Boża
Teraz tak rozumianą miłość spróbujmy przenieść na grunt relacji człowieka z Panem Bogiem. Zbawiciel nas kocha, a dowodem na to jest, że pragnie naszego dobra, dając nam obietnicę „szczęśliwości wiecznej”.
Czym człowiek może się odwzajemnić Stwórcy? Tak naprawdę stworzenie nic nie może dać Stworzycielowi! Nasza życzliwość w tej miłości opiera się na tym, że chcemy spełniać Jego Wolę!
Celem Miłości jest zatem Bóg i szczęśliwość wieczna (tamże, q. 23, a. 4).
Miłość w tym znaczeniu jest cnotą wlaną przez którą działa Duch Święty (tamże, q. 23, a.2). Tracimy ją poprzez grzech i utratę łaski Bożej. Musimy zatem otwierać się na jej działanie.
A co z tak zwaną miłością bliźniego?
Ważna uwaga: miłość bliźniego nie może funkcjonować osobno, poza kontekstem szczęśliwości wiecznej.
Miłość do bliźniego urealnia się tylko wtedy, gdy „miłujemy go dla Boga” (tamże, q. 25, a. 1, ad.3). Nie możemy zatem kogoś lubić i życzyć mu dobra, które jest oderwane od miłości Bożej, czyli takiego, które łamie przykazania.
Weźmy pierwszy z brzegu przykład: jeśli z „miłości do dziecka” rodzice namawiają swojego milusińskiego, aby „odpoczął” sobie w niedzielę, nie idąc do kościoła, wówczas kochają go jakby przeciw Bogu.
Prawdziwa miłość powinna dążyć do dobra najwyższego, szczęśliwości wiecznej. Jeśli naszym celem jest coś, czemu nie po drodze z dobrem najwyższym, wówczas – nawet pomimo wzniosłych intencji – koniec końców nie mamy do czynienia z miłością.
Jak i w jakim wymiarze możemy osiągnąć spokój ducha i radość życia w warunkach ziemskich?
Przede wszystkim nie możemy koncentrować się na ćwiczeniach psychologicznych, które mają nam dać omawiane tu stany ducha. Oczywiście nie można założyć, że zawsze będą one nieefektywne. Rzecz w tym, że uspokojenie emocjonalne, a głęboki i trwały spokój ducha, to dwie różne rzeczy.
Na ile realnie da się odczuć pokój i radość w warunkach ziemskich?
Po pierwsze. Miłość, o której pisałem wyżej, nie znajduje się w zmysłach, zatem jej odczuwanie oraz jej owoce mają nieco inną naturę, powiedzielibyśmy bardziej duchową (por. tamże, s. 317).
Po drugie. Jak zauważa tłumacz św. Tomasza, ks. A. Głażewski, możemy rozważać dwa rodzaje pokoju w kontekście dążenia do dobra najwyższego:
a) pełny – po śmierci, gdy już trafimy do Nieba i osiągniemy doskonałą jedność pragnień. Wszystkie nasze pragnienia zostaną spełnione w Bogu.
b) niedoskonały z dobra najwyższego na ziemi. Pokój ten doznaje zakłóceń z wnętrza (np. konflikt między dążeniami rozumu i zmysłów) lub pod wpływem czynników zewnętrznych, gdy inne osoby uniemożliwiają nam spełnienie naszych dobrych pragnień (por. tamże, s. 330).
Podobnie jest z radością. Zamiłowanie w dobrach ziemskich, czasowych, daje pewne namiastki radości czy raczej przyjemności życiowych. Jednak ich ciągłe przemijanie budzi frustracje i nie może dać nam pełnego zadowolenia.
Jedno zatem jest pewne: pełny pokój i radość nie są możliwy do osiągnięcia na tym padole łez, ale to nie oznacza, że nie możemy ich osiągnąć w takim natężeniu, które przynajmniej w jakimś stopniu przybliży do niebiańskiego.
Trzy warianty osiągania spokoju ducha
Przyjrzyjmy się, jak to wygląda w praktyce. Oto trzy sposoby osiągania pokoju w warunkach ziemskich.
1. Lot ponad niepokojem.
Ten rodzaj pokoju (i radości) unosi się niejako ponad toczoną nieustannie wewnętrzną czy zewnętrzną walką. Rodzi się on z pewności, że się jest po stronie Pana Boga. Najkrócej mówiąc jego źródłem jest miłość Boża, która spływa poprzez łaskę uświęcającą.
Czym ona realnie jest najlepiej zrozumieć, gdy w trudnej sytuacji życiowej wyspowiadamy się i z lekkim sumieniem wychodzimy z kościoła. I choć codzienne niepokoje i troski wcale nie znikają, to schodzą na drugi plan. Stają się jak muchy brzęczące gdzieś nad głową. Przestajemy na nie zwracać większą uwagę.
Można tę sytuację porównać również z osobami mieszkającymi w pobliżu stacji kolejowej, którzy nie słyszą przejeżdżających pociągów (lub nie zwracają na hałas uwagi).
2. Pokój jako walka
W tym przypadku chodzi o zmianę nastawienia. Przestawiamy nasze zwrotnice i nieco inaczej patrzymy na życie. Godzimy się z faktem, że walka na tym „padole łez” jest stanem naturalnym. Pokój pojawia się wyłącznie, jako rezultat wzmożonych wewnętrznych i zewnętrznych zmagań duchowych, które są warunkiem otworzenia się na miłość Bożą.
W tym kontekście, jak zauważa ks. A. Głażewski:
„Pokój nie jest czymś nieruchomym, statycznym, lecz czymś dynamicznym; nie jest spokojem snu, śmierci, lecz pędem do nieskończoności, ale określonej i konkretnej – z Bogiem i w Bogu”
(tamże, s. 330).
Można zatem paradoksalnie powiedzieć, że rodzi się z walki, bo dzięki tej walce opowiadamy się za Panem Bogiem, czyli za rzeczywistym pokojem. Jeśli jej nie podejmiemy, to w pewnym momencie pojawi się lęk o życie wieczne.
Trzeba się pozbyć złudzenia, że to życie może być ciągłym „świętym spokojem” (no może w dzieciństwie i młodości tak czasami bywa, ale później już nie). „Święty spokój” jest bowiem zabójczy dla duszy, bo jest zazwyczaj efektem ustępstw wobec „świata”.
Wiąże się on z pokusę poddania się złu: ulegania własnym słabościom czy to w wymiarze zewnętrznym czy wewnętrznym, bo wtedy nie trzeba się z nimi zmagać. Wyrzuty sumienia zostają przykryte poprzez przemodelowanie rozumu, podstawowych celów życiowych i wtedy już taka osoba może spokojnie grzeszyć i mieć „święty spokój”.
Przynajmniej do czasu. Jest to pokój pozorny, można rzec tymczasowy, zbudowany na złu i prowadzący w ostateczności do zguby.
3. Druga natura
Pomimo konieczności walki, stoję na stanowisku, że pokój i radość można w wysokim stopniu osiągnąć w tym życiu całkiem realnie, poprzez otwieranie się na miłość Bożą i formowanie cnót. Dzięki czemu budujemy „drugą naturę”.
Dzięki niej z czasem sprzeciwianie się złu, pokonywanie słabości czy zmaganie się ze złem w wymiarze społecznym nie będzie stanowiło dla takiej osoby większego problemu. Podejmie wyzwanie z pewną lekkością i przyzwyczajeniem ducha. Wraz z miłością i formowaniem cnót walka wewnętrzna słabnie i „rośnie natężenie” pokoju i radości w nas.
Jak zauważa Akwinata „miłość jest pewnego rodzaju przyjaźnią człowieka z Bogiem” (tamże, q.23, a.1). Dzięki tej przyjaźni wszystko zaczyna się zazębiać. Miłość pociąga wszystkie cnoty w kierunku celu ostatecznego, szczęśliwości wiecznej (tamże, q.23, a.8). Dlatego również w wymiarze zewnętrznym uodparniamy się na działanie zła. Kołysanie łodzią (niepokój ziemski) odczuwany jest przez nas coraz słabiej.
Słowem – przemiana duchowa i przyoblekanie się w Chrystusa (Rzym. 13,14) uodparnia nas na niepokoje tego świata i rodzi się prawdziwy pokój oraz radość. Oczywiście zawsze będzie czegoś brakowało, ale takie zbliżanie się do ideału podnosi „natężenie” pokoju i radości, które są już tuż, za cienką szybą.
Jaką zatem opcję wybrać? Koncentrować się na pokoju ducha, nie zwracając uwagi na „muchy niepokoju” zatruwające nam życie (1)? Uznać walkę na tym świecie za stan naturalny (2)? Czy może formować cnoty (3)? Właściwie poszczególne opcje nie wykluczają się wzajemnie. Można lekceważyć „muchy niepokoju”, jednocześnie podejmując zmagania duchowe i kształtując cnoty.
W wymiarze praktycznym niektórzy będą się koncentrować na świadomości posiadania łaski Bożej, inni (zaprawieni w bojach) będą unikali „świętego spokoju”, ale jedni i drudzy muszą uznać konieczność formowania cnót (drugiej natury).
ZAMÓW KSIĄŻKĘ





Kolejny wspaniały artykuł, pięknie Pan to wytłumaczył.
Dziękuję , ma Pan piękny dar porządkowania myślenia!
Dziękuję za Pana pracę. Dzięki niej i ja przypominam sobie o wartości pracy w ogóle i o pracy nad sobą w szczególności. Jestem ponownie zmotywowana do walki. A już tak bardzo zbrakło siły… Po prostu praca, nadzieja, zaufanie i wdzięczność Bogu za obecność i pomoc, no i… jeden mały krok – oto przepis na nowy początek.
Dziękuję Panu za ten artykuł. Przyszedł w dobry czas, gdy zaniechałam walki wewnętrznej, zmagania z samą sobą, a miłość do człowieka, odsunęła na drugi plan relację z Bogiem. Teraz wiem, jak odzyskać spokój i właściwą drogę. Dziękuję również za inne publikacje. Skutecznie spełniają swoją wychowawczą i ewangeliczną misję.
Z wyrazami wdzięczności i szacunku. Leokadia W.