.

Działo się to dawno temu, bo w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Byłem wówczas dzieckiem, uczęszczającym do drugiej bądź trzeciej klasy szkoły podstawowej. Na zajęcia z katechezy chodziliśmy do salki przykościelnej.

Lekcję mieliśmy ze starszą już zakonnicą, która od lat zajmowała się przygotowywaniem dzieci do Pierwszej Komunii Świętej. Była to osoba cierpliwa, spokojna i oddana swojej misji, którą zdecydowana większość moich kolegów i koleżanek darzyła wielkim szacunkiem.

Jednak pewnego dnia miało miejsce wyjątkowe zdarzenie. Niektórzy koledzy przeszkadzali w prowadzeniu zajęć. Pomimo wielokrotnych napomnień wciąż rozmawiali i śmiali się głośno, lekceważąc upomnienia prowadzącej i rozbijając tok lekcji. Wtedy katechetce puściły nerwy, krzyknęła, a w kierunku przeszkadzających poleciał podręcznik, który właśnie trzymała w dłoniach.  Książka nie dotarła do adresatów – wylądowała na ławce, tuż obok.

Po tym wybuchu nastąpiła konsternacja – koledzy się uciszyli.

Echo tamtego uczucia

Z dzisiejszej perspektywy człowiek ma wyćwiczony propagandowo odruch, żeby krytycznie oceniać takiego pedagoga: „- No, mimo wszystko nie powinna tak postąpić”, ” – Nauczyciel, a tym bardziej katecheta musi panować nad nerwami”. Podejrzewam, że tak właśnie sytuację oceni statystyczna większość Czytelników. Ale to, co na ogół w mędrkowatym świecie wywołuje natychmiastowy impuls oceniający, wówczas – przynajmniej w moim przypadku – takiego impulsu nie wywołało.

Pamiętam, że odczułem olbrzymi dysonans. Jak już wspomniałem katechetka była generalnie osobą spokojną i cała sytuacja zaskoczyło nas wszystkich. Ale uczucie, jakie wówczas mnie opanowało, ani trochę nie wiązało się z rozczarowaniem czy zawodem w kontekście zachowania katechetki. Wręcz przeciwnie – uczucie, które mną owładnęło, było mieszaniną wstydu i zażenowania z powodu zachowania kolegów. Miałem do nich szczery żal, że zdenerwowali i zasmucili katechetkę.

Było to tak silne uczucie, że jego resztki – czy może mówiąc ściślej – echa, pamiętam do dzisiaj. Nawet przez moment nie przyszło mi do głowy, aby negatywnie ocenić jej zachowanie. Po prostu – ta kwestia nie była dyskutowana w moich myślach.

Bojaźń dziecięca a bojaźń niewolnicza

Po latach czytając św. Tomasza uświadomiłem sobie z czego to wynikało. Akwinata zwraca uwagę na istnienie między innymi bojaźni dziecięcej i niewolniczej*. Pierwszej zależy by nie obrazić Pana Boga, ale też ojca, matki, nauczyciela, nie z lęku przed karą, ale z lęku przed winą, który bierze się z miłości – czy też poczucia wdzięczności. Im więcej tej wdzięczności, tym więcej tej bojaźni!

Z kolei w bojaźni niewolniczej – posłuszeństwo jest wynikiem głównie lęku przed karą. Gdy wzrasta szacunek, bądź dobrze pojęta miłość do rodzica lub wychowawcy, wówczas strach przed karą słabnie, a pojawia się bojaźń dziecięca, która nie obawia się kary, bo miłość i pełne zaufanie do rodzica jest najważniejsze.

Nawet, gdy dojdzie do ukarania, to dziecko przyjmuje karę z pokorą, a nawet wdzięcznością, bo chce odpokutować swój grzech czy zaniechanie wobec rodziców (wychowawców). Inna sprawa, że działa to w obie strony: kochający rodzice są wyrozumiali dla takiego dziecka!

Natomiast źle się dzieje, gdy w bojaźni niewolniczej dziecko przestaje obawiać się kary, bo inne, swoje dobro, uważa za cenniejsze.

Czy odleciałem? Banalna rada

Powie ktoś: że całkiem odleciałem. Przecież takich dzieci już dziś nie ma, a jeśli gdzieś się zdarzają, to są okazami wyjątkowymi. W szkołach dominuje bojaźń niewolnicza w złym znaczeniu (młodzi przełamują lęk przed karą, bo swoje racje stawiają na pierwszym miejscu). Posłuszeństwo oparte na szacunku i więzi z wychowawcą to rzadkość.

Podstawowe pytanie zatem brzmi: dlaczego tak się dzieje? Dlaczego dominuje bojaźń niewolnicza w swojej najgorszej odmianie, która zamiast przechodzić w bojaźń dziecięco coraz częściej przechodzi w lekceważenie kary?

Wydaje mi się, że społeczeństwo odchodząc od źródła rozsypuje się na różnych płaszczyznach funkcjonowania. Także wychowania. Cnoty boskie: miłości, wiary, nadziei są tu fundamentalne. Miłość do Pana Boga przelewa się na miłość do rodziców czy opiekunów. Gdy jej brak – wszystko się sypie. Właśnie z tej przyczyny, gdy słabnie religijność – słabnie wychowanie.

Wiem, że to banalna rada. Ale innej rady nie ma.

Dlatego wbrew pozorom „nie odleciałem”. Uważam, że trzeba przypominać o fundamentach, gdyż powrót do nich zawsze jest możliwy. Bez autentycznej pobożności dziecku trudno wykrzesać motywację do dobrego postępowania.

Spokój na głębszym poziomie ducha

Bojaźń dziecięca ma jeszcze jedną fundamentalną zaletę. Przywołam ponownie swoją katechetkę z lat siedemdziesiątych. Pamiętam, jak wprowadzała mnie do dużej sali na egzamin przed Pierwszą Komunią Świętą. Na jej końcu siedział w fotelu egzaminator – przedwojenny ksiądz i wbrew pozorom w ogóle się tą sytuacją nie stresowałem.

Tam gdzie jest zaufanie jest też usilna praca, by nie zawieść autorytetów, i stąd pochodził mój spokój. Wiedziałem, że nie zawiodę, dlatego nie odczuwałem stresu przed tym egzaminem i dostojnym egzaminatorem.

Bo paradoksalnie bojaźń dziecięca wprowadza spokój na głębszym poziomie ducha.

* Zob. Św. Tomasz z Akwinu, Suma Teologiczna, II-II, q. 19, a. 6 i 10.

ZAMÓW KSIĄŻKĘ


Zamów: Rozumna dyscyplina
Zamów: Sztuka samowychowania
form
Zamów:Decyduj i walcz!
Zamów: Żelazna wola
Zamów:Nieposłuszne dzieci, posłuszni rodzice
.-----