
.
Tradycyjnie przyjęło się uważać, że dziecko nie powinno przerywać rozmowy.. Wynika to z niepisanej etykiety, wedle której istnieje pewna hierarchia w relacjach międzyludzkich.
Gdy dziecko przerywa rozmowę, to jakby stawia siebie w centrum świata (pycha lub jej zarodki), dodatkowo nie potrafi powściągać emocji. Zachęcając do powściągliwości w tym względzie uczymy szacunku dla starszych, dobrze rozumianej pokory i panowania nad emocjonalnymi impulsami.
Nie jest to łatwe, ale konieczne.
Odmienna narracja
Jednak w interpretacji wyznawców naturalizmu pedagogicznego (także tego w najnowszych mutacjach) zauważam raz po raz „odmienną narrację”. Powtarzany jest zgrany argument, że dziecko powinno podążać za swoimi naturalnymi odruchami.
Naturaliści, podpierający się psychologią, twierdzili, że powstrzymywanie naturalnych odruchów prowadzi do zniewoleń, nerwic i różnych zaburzeń osobowościowych. Dzisiaj w tym samym duchu, pod innymi maskami, powtarza się to samo.
Na przykład: mówi się, że dziecko nie jest w stanie powstrzymać emocji i nie rozumie naszego braku zainteresowania, ewentualnie interpretuje go jako odrzucenie. Zatem trzeba mu pozwolić na wtrącanie się i przerywanie.
Podstawowe pytanie
Spróbujmy określić istotę sporu. Spór między naturalizmem pedagogicznym i jego różnymi mutacjami, a podejściem klasycznym, sprowadza się do problemu: czy powinno się uczyć dzieci opanowywać naturalne odruchy, czy też nie?
Naturaliści twierdzą, że nie, lub raczej nie. Według nich – nie ma co powstrzymywać natury, bo z tego zrodzi się zło, co najwyżej pewne zachowania należy skierować na neutralny grunt, żeby były nieszkodliwe dla innych, lub spokojnie wyładowały się, niczym bateria.
Słowem – nie ma co uprawiać natury, opanowywać negatywnych odruchów poprzez zakazy czy nakazy, a nawet pozytywne motywowanie, bo one nie są złe, lecz neutralne, a dopiero kontekst kulturowy czyni je złymi.
Nie zachwaszczać duszy
Klasyczne podejście jest inne. Natura wymaga uprawy. Pole nieuprawiane zachwaszcza się i nie wydaje dobrych owoców. Dlatego naturalne odruchy, bez kontroli wychowawczej, wyradzają się w wady (chwasty).
O ile naturalizm pozostawia popędy niejako bez ingerencji w nie (lub w pewnych wersjach dopuszcza ingerencję ograniczoną), to tradycyjne podejście chce je odpowiednio ukierunkować, utemperować (opanować) i zracjonalizować (ale nie stłumić całkowicie, jak to się czasami zarzuca).
Człowiek nie może ślepo podążać za odruchami, bo upodabnia się do zwierząt!
Propaganda w sosie politycznym
Niestety, w różnych publikacjach zalewających Internet, trwa totalna reinterpretacja pedagogiki. Dotyczy to nie tylko „przerywania rozmów starszych”, ale usprawiedliwia się w podobny sposób np.: grymaszenie, szkolne lenistwo itp.
Używa się argumentu „z naturalności„, podpierając się już nie tyle psychologią, co neurobiologią (po swojemu interpretowaną).
Dodaje się do tego jeszcze propagandę podlewaną sosem politycznym, jakoby w demokratycznym świecie dzieci wychowywało się już inaczej, wolnościowo (jakby ludzka natura się zmieniła).
Co ciekawe, uwaga ludzi o poglądach konserwatywnych skierowana jest na spory w obszarze polityki oświatowej i właściwie ten obszar wojny ideowej jest całkowicie odpuszczony. Poza tym mam wrażenie, że nie wszyscy z nich rozumieją kwestie, o których tu piszę. Zdarza się, że nawet osoby o poglądach konserwatywnych przejmują „naturalistyczną narrację”.
ZAMÓW KSIĄŻKĘ





Jak mi się podoba ta niekonsekwencja kiedy dorośli uważają, że dziecko jest zbyt małe żeby uczyć je dobrze się zachowywać (bo nie zapamięta tych uwag i ich nie zrozumie) i pracować nad cierpliwością (bo twierdzą, że przecież taki maluch to naturalnie nie wysiedzi na miejscu dłużej niż 10 minut) a równolegle te same dzieci obsługują smartfony i nowoczesne sprzęty RTV lepiej niż ja, grają w setki gier (ze zrozumieniem ich sensu i z siedzeniem na miejscu przez dłuższy czas), potrafią zapamiętać wszystkich bohaterów ulubionej bajki i rozróżniać czy zabawki są oryginałami z kreskówek.
Trafna uwaga. Wynika z niej, że dzieci wiele rzeczy, które ponoć z przyczyn rozwojowych nie mogą wykonywać, w rzeczywistości mogą – tylko nie chcą.
Wynika to z niepisanej etykiety, wedle której po prostu nie przerywa się jak ktoś mówi. Dotyczy to również dorosłych – wszak przykład idzie z góry.
Z tym przerywaniem to chyba zależy od wieku. 5 latkowi raczej nikt nie będzie miał za złe, ale nastolatkowi już raczej tak.
Właśnie. Podążanie za naturalizmem pedagogicznym (chyba nieuświadomione) sprawiło, że musieliśmy wprowadzić dla dzieci zasadę proszenia o głos przy stole. Po prostu zdarzały się chwile, kiedy wszyscy mówili (krzyczeli!) naraz i my, rodzice, nie mogliśmy się wzajemnie usłyszeć. A dzieci mamy tylko troje. Pozdrawiam i dziękuję za propagowanie niepopularnych ale mądrych idei wychowawczych.
Szanowni Państwo. To właśnie w zgodzie z naturalizmem niedawno 17-latek zadźgał nożem swoją babcię i cioteczną siostrę. Nic dodać, nic ująć.
Pozdrawiam