
.
Problematyka związków montessorianizmu z naturalizmem pedagogicznym jest fundamentalną kwestią przy ocenie tego nurtu pedagogicznego. Zwłaszcza, że ma on aspiracje, by odwoływać się do chrześcijaństwa. Poniżej przedstawiam analizę poglądów Montessori odnoszącą się do przedstawionego w tytule tematu.
Naturalizm, swoboda, grzech pierworodny
Ludzka natura w wyniku grzechu pierworodnego jest nieuporządkowana. Papież Pius XI w encyklice Divinis illius Magistri pisał o tym w następujący sposób:
“Rzeczywiście, nigdy nie powinno się tracić z oczu, że przedmiotem chrześcijańskiego wychowania jest cały człowiek, duch złączony z ciałem w jedności natury, ze wszystkimi swoimi władzami przyrodzonymi i nadprzyrodzonymi, jak go nam przedstawia zdrowy rozum i Objawienie; przeto człowiek, który wypadł ze stanu pierwotnej sprawiedliwości, ale przez Chrystusa został odkupiony i przywrócony do nadprzyrodzonego stanu przybranego dziecka Bożego, chociaż bez pozanaturalnych przywilejów nieśmiertelności ciała i całkowitej równowagi swoich skłonności. Stąd w naturze ludzkiej zostają skutki grzechu pierworodnego, szczególnie zaś osłabienie woli i nieuporządkowane popędy.”
Widać dać to na pierwszym z brzegu przykładzie. Małe dzieci nie układają książek czy zabawek na półkach, ale je rozrzucają, nie mając zamiaru posprzątać. Dopiero po nabyciu umiejętności sprzątania, przełamują swoje pierwotne, negatywne skłonności.
Pogląd przeciwny chrześcijańskiemu zwany naturalizmem pedagogicznym rozpropagował m.in. J.J. Rousseau. Przypomnijmy go w wielkim skrócie – uważał on, że dziecko jest z natury dobre (i w efekcie nie podlega skutkom grzechu pierworodnego) [1]. Zostawione samo sobie, wychowywane swobodnie, nieskażone cywilizacją (chrześcijańską), zakazami, niejako samo z siebie dojdzie do poznania dobra.
Między Montessori a Rousseau istnieje dużo podobieństw. Szczególnie kontrowersyjny jest jej pogląd, w którym niejako przeczy skutkom grzechu pierworodnego. Stoi bowiem na stanowisku, że okres między urodzeniem dziecka, a jego ukształtowaniem (gdy krzyczy, złości się), nie jest wynikiem upadku natury, ale wiąże się z faktem, iż nie zakończył się jeszcze “etap kształtowania dziecka” (za: Barbara Surma, Pedagogika Montessori – podstawy teoretyczne i twórcze inspiracje w praktyce, Łódź 2008, s. 76).
Skąd takie przekonanie? Właśnie z naturalizmu. Montessori chce wychowywać dziecko metodą swobodnych wyborów; wierzy, iż w swobodzie tkwi jakaś nadzwyczajna moc, dzięki której niejako z niebytu wyłoni się dobry człowiek. Nie może więc tego okresu deprecjonować, uważając za nieuporządkowany i “skażony” tendencją do czynienia zła. Skoro wolność ma dobroczynny wpływ na dziecko, to musi być w niej coś pozytywnego. Ale w tym momencie nasuwa się pytanie: co z grzechem pierworodnym? Bo jeśli ludzka natura “nie ma osłabionej woli, i nieuporządkowanych popędów”, to w ten sposób neguje się istnienie skutków tego grzechu! (Jest to jeden z poważniejszych zarzutów stawianych M. Montessori, za: B. Surma, dz.cyt., s.75)
Ale nawet jeśli będziemy abstrahowali od religii, to gołym okiem widać słabość ludzkiej natury w pierwszych latach życia. Stanowiska przyjętego przez Autorkę “Domów dziecięcych” nie da się zatem obronić, nie tylko z religijnego punktu widzenia, ale także laickiego (o ile jest zdroworozsądkowy, a nie zadymiony ideologicznie).
Kwestia kar i nagród
Trzeba przyznać, że pomimo kontrowersyjnych poglądów Autorka analizowanej metody nie przechodzi na pozycje anarchistyczne, wyznaczając granice owej swobodzie, którą jest “interes zbiorowy” (“Domy dziecięce”, Warszawa 2005, s.55). Najkrócej pisząc chodzi o to, by dziecko w swej wolności nie czyniło krzywdy innym i nie przekraczało kulturowych standardów.
Mamy tutaj dwie sprzeczności. Pierwsza dotyczy samej metody swobodnego wychowania. Skoro metoda ta jest tak doskonała, to dlaczego jest ograniczana? Dlaczego w pewnych sytuacjach zakazy i nakazy są dobrymi metodami wychowawczymi, a w innych – tworzą “sztucznych paralityków”? Widać w tym niekonsekwencję! Albo włoska wychowawczyni powinna “pójść na całość” i uznać metodę swobodnego wychowania za dobrą w każdej sytuacji (tak jak to czynią np. antypedagodzy), albo zrezygnować z niej i uznać dobroczynny charakter kar i nagród.
Druga sprzeczność dotyczy iluzji wychowawczych związanych z twierdzeniem o tworzeniu “sztucznych paralityków”. Przymuszanie dziecka do pewnych działań wynika z realiów wychowawczych przed którymi staje nauczyciel przedszkolny czy rodzic. Dzieci na pewnym etapie rozwoju potrzebują prowadzenia przez starszych, którzy wskazują im, gdzie jest dobro, a gdzie zło. Działania zmierzające do wyrobienia cnoty wymagają wymuszenia pewnych zachowań, zanim dziecko samo dojdzie do zrozumienia ich zasadności. Młody człowiek przyzwyczaja się do (moralnych) zachowań, z czasem zaś, gdy dochodzi świadomość, szybciej i łatwiej formuje się cnota. W tym kontekście twierdzenia o bezskutecznej roli kar i nagród mijają się z prawdą.
Nieudana próba godzenia chrześcijaństwa z naturalizmem
Według Alice Miller wolność służyła Rousseau za swoiste narzędzie manipulacji, dzięki któremu łatwiej mógł usidlić młodzież. Ma o tym świadczyć stosowny fragment z „Emila”:
„Bez wątpienia wolno dziecku robić, co zechce, ale wolno mu chcieć tylko tego, czego wy chcecie, żeby ono chciało – pisze Rousseau. – Nie wolno mu zrobić kroku, którego dla niego nie przewidzieliście, nie wolno mu otworzyć ust, jeżeli nie wiecie, co chce powiedzieć” (Cyt za: Hubertus v. Schoenebeck, Antypedagogika w dialogu. Wprowadzenie w rozmyślanie antypedagogiczne, Kraków 1994, przek. D. Sztobryn s. 29.)
Autorka Murów milczenia zauważa, że w koncepcji Rousseau uczeń musi pozostawać pod ciągłą kontrolą wychowawczą, a utrzymywanie dziecka w „złudzeniu wolności” służy jedynie skuteczniejszej kontroli. Tym samym włoska pedagożka „organizując środowisko” pozostaje wierna praojcowi nowożytnego wychowania, choć – podkreślmy to jeszcze raz – nie przechodzi na pozycje anarchistyczne (dzisiaj tzw. postmodernizm pedagogiczny).
Swoboda jest u niej metodą, ale nie jest celem wychowania. Dlatego np. możliwe są próby usytytuowania montessorianizmu na pozycjach chrześcijańskich. Jednak religijność Montessori nie zmienia faktu, że wychodzi Ona z błędnej koncepcji filozoficznej. Odnosi się wrażenie, że jej postawa jest analogiczna do postawy modernistycznych teologów, którzy bazując np. na kantyzmie próbowali rekonstruować teologię. Tutaj mamy do czynienia z czymś podobnym. Autorka wychodzi z naturalizmu, próbując go ochrzcić. W praktyce jest to budowanie na kruchych fundamentach i domek ten – pomimo różnych prowizorycznych zabezpieczeń – w różnych punktach zaczyna po prostu pękać.
[1] Stwierdzenie „dziecko jest z natury dobre” należy rozumieć w kontekście filozofii wychowania J.J. Rousseau, wedle której, człowiek uformowany przez naturę (środowisko nieskażone wpływem cywilizacji) jest właśnie dobry. Zwracam uwagę, że nie chodzi o stworzenie owej dziecięcej dobroci przez Boga, ale o sposób naturalnego wychowania. W tym sensie niejako „natura czyni go dobrym”. Rousseau nie zauważa też pęknięcia w naturze ludzkiej wywołanego przez grzech pierworodny, o czym pisał wspomniany wyżej papież Pius XI. W tym drugim kontekście, co prawda Pan Bóg stworzył dobrego człowieka, ale w wyniku grzechu pierworodnego jego natura jest teraz nieuporządkowana, ze skłonnością do grzechu.
ZAMÓW KSIĄŻKĘ





Panie Pawle,
mogę w pełni zgodzić się, że Maria Montessori nie była w stanie ubrać swoich doświadczeń w spójny katolicki system filozoficzny, natomiast po głębszej analizie tematu jestem przekonany, że jej pedagogika jest w 100% spójna z koncepcją personalistyczną opisaną przez Karola Wojtyłę w dziele „Osoba i czyn”.
Jedną z kategorii zaproponowanych przez Wojtyłę jest „personalistyczna wartość czynu”, która uprzedza jego wartość moralną (co wiemy również z regułki o grzechu jako świadomym i dobrowolnym). W odniesieniu do pedagogiki pozwala nam to dostrzec, że moc kształtowania osoby mają wyłącznie CZYNY (moje własne wybory, posiadające wartość personalistyczną).
Więc o ile w przypadku dążenia dziecka do czynu moralnie złego należy oczywiście dołożyć wszelkich starań (związanych również z umiejętną, empatyczną komunikacją), by taki czyn zatrzymać i przekonać do wyboru dobra, o tyle dążenie do czynów dobrych poprzez łamanie woli jest według wojtyłowskich kategorii absurdem, a według doświadczeń Marii Montessori jest po prostu przeciwskuteczne.
Serdecznie pozdrawiam.
Niektórym ludziom trudno przyznać, że zbłądzili. Jeśli dotyczy to tylko ich duchowości – niech brną dalej, ale jeśli wpływają na innych, szczególnie na dzieci – to trudno przejść obok tego obojętnie. Tak kończy się stawianie własnego ego przed Bogiem. Własny „Bóg Ego” charakteryzuje tu kilku adwersarzy. Współczuję autorowi artykułu, że musi się z nimi zmagać.
Nie są to zbyt wielkie zmagania. Trochę odpuściłem temat, bo mnie mało interesuje.
Aby coś było dobre, ważne są korzenie („złe drzewo nie może rodzić dobrych owoców”). Może warto uwzględnić niezgodne z katolicką nauką korzenie filozofii Montessori? Choć metody uważam za skuteczne i szanujące człowieka, zastanawia mnie na co dziecko uczone taką metodą może zostać otwarte.
Materiały zostały zawarte w artykule przy okazji ataku pewnego jezuity na egzorcystę. Nie chodzi o demonizowanie rzeczywistości, ale jestem skłonna uwierzyć temu, który ma do czynienia z walką wręcz, czyli praktykowi, niż teoretyzującemu myślicielowi. Skoro Montessori znalazło się na liście zagrożeń duchowych jednego z najlepszych praktyków – egzorcystów, warto to uwzględnić.
http://www.fronda.pl/a/prosze-zeby-jezuita-nie-sugerowal-publicznie-jakoby-ksiadz-diecezjalny-byl-narzedziem-szatana,29969.html
Przepraszam za opóźnienie udostępnienia komentarza (wyjazd wakacyjny).
Dziękuję za ten link. To nowy wątek w sprawie.
…”po owocach ich poznacie” odnoszac sie do „sporu” pomiedzy Panem Szczypka a P.Zalewskim, chcialabym poprzec w pelni pro-montessorianski sposob wychowania.Jako mama (z wyksztalcenia rowniez nauczyciel, krotko kiedys praktykujacy) ,nie bylabym w stanie nawet w mysli zestawic pojec naturalizmu i monjtessorianskiego podejscia w pedagogice….panu Zalewskiemu polecam literature zrodlowa-najwieksza ilosc w j.wloskim potem moze francuskim i angileskim. Niestety na jezyk polski przetlumaczono niewele opracowan (choc i one sie pomnazaja) i byc moze ow brak „informacji”, nieznajomosc tekstow zrodlowych,sprawiaja , iz p.Zalewski wysnuwa takie tezy….moim zdanieem mylne i niewlasciwe a P.Montessori na tle J.J Rousseau – obrazajace wrecz.
Dobrej i owocnej polemiki
mz
Koniecznie muszę pokazać ten artykuł mojej siostrze, bo ona popiera ta metodę. Nie wiem czy zna jej źródła.
@Anonimowy
Blad nie uszedl mojej uwadze od razu po opublikowaniu tego komentarza. Coz, zdarza sie…
Z drugiej strony "kompetycja" to slowo obecne w jezyku polskim nie od dzis, niezaleznie od indywidualnych upodoban.
Jesli dla opiniodawcy "wystarczajaca antyreklama" czegokolwiek (zwlaszcza metody pedagogicznej, ktorej nie dane mi bylo doswiadczyc osobiscie w toku mojej edukacji)opiera sie na pobieznych analizach internautow na blogu, to osoba ta sama wystawia ocene swoim dazeniom poznawczym… niestety.
@A.Winder
cyt."Szkoly, gdzie prowadzi sie tego rodzaju obserwacje nazwane sa wprost LABOLATORIAMI"
może gdyby to były LaboRatoria…hmm… i jeszcze te anglikanizmy typu kompetycja. Dla mnie to wystarczająca antyreklama MM na szczęście:)
Panie A. Winder nie opublikuję nowego komentarza. On nic nie wnosi do dyskusji, tylko prowokuje do ostrej riposty dyskutanta.
Panie Poirot o jedno zdanie za dużo. Niepotrzebny epitet. Musiałem wyciąć.
" Sorry, deczko lepiej niż waldorfskie, ale nic szczególnego, inne ideologie pedagogiczne mogą się pochwalić lepszymi rezultatami."
Po pierwsze to nie jest kompetycja, "sorry"… Na takich listach widnieja nazwiska celebrytow z roznych dziedzin – dla kogos moze to byc miara sukcesu szkoly, a dla kogos innego zaledwie ciekawostka. Nie zawsze zdjecia wychowankow trafia na pierwsze strony gazet, nie zawsze dostana Nobla i nie kazdy z nich stworzy Amazon, Google lub Yahoo, bo tzw. sukces osiaga sie rowniez na innych plaszczyznach.
Jesli dla pana jest to konkurs nazwisk, to szczerze wspolczuje. Mam nadzieje, ze nie jest pan pedagogiem…
Sprzeczność jest w adresie. Podałem. Opowieści matki Bezosa widzę zaś tylko na stronach reklamowych szkół i organizacji montessoriańskich. Jak dla mnie marna rekomendacja. Inne nazwiska zaś wręcz odstraszają. Raper, żona Onassisa czy właściciel skrzypiec. Sorry, deczko lepiej niż waldorfskie, ale nic szczególnego, inne ideologie pedagogiczne mogą się pochwalić lepszymi rezultatami.
Poirot
"Jeff Bezos's mother tells of his single-mindedness at his Motessori school, being so absorbed in the tasks he chose that they had to drag him off to give him a change. This same self-directed, single-mindedness was a feature of his Amazon adventure."
Za: http://donaldclarkplanb.blogspot.com/2006/03/brin-page-bezos-and-wales.html
"Elementary", tak jak "Junior High", czy "High School" to jak nasze: "szkola podstawowa", "gimnazjum", "szkola srednia", wiec nie wiem gdzie tu jest sprzecznosc. Edukacja Montessori wpisuje sie w ten schemat i na tej zasadzie dzieci ksztalci sie dzieci od przedszkola. Gdyby przeczytalby pan "Pre-School" to tez wzialby pan to za klamastwo? A ja za rogiem mam Montessori Pre-School…
Pierwsza osoba z listy – Jeff Bezos i pierwsze kłamstwo. Jeff Bezos ukończył zwykłą publiczną River Oaks Elementary (http://www.greatschools.org/texas/houston/3501-River-Oaks-Elementary-School/), a nie River Oaks Montessori (http://www.greatschools.org/texas/houston/10466-River-Oaks-Montessori/).
Warto sprawdzać dalej ?
Poirot
@D.Zalewski
Tak, tak… “mniej lub bardziej świadome naśladownictwo”…, z tym, ze ani nasladownictwo, ani “mniej lub bardziej swiadome” (bo jak moze dojsc do skutku NIESWIADOME nasladownictwo jest dla mnie zagdaka, chyba na drodze objawienia tylko), ale rezultat niezaleznych badan i obserwacji (rowniez z wykorzystaniem grup porownawczych, a wiec dzieci wychowywanych tradycjonalistycznie i dla kontrastu dzieci montessorianskich).
———————–
Co do wychowania z podzialem uwzgledniajacym roznice plciowe, to moze i mial on racje bytu, ale tylko wtedy, kiedy ludzkosc musiala polegac – na tym prymitywnym stadium rozwoju – na plemiennych lowcach. Roznic fizycznych nie sposob zignorowac (choc i na tym polu bywaja wyjatki – atletyczne, silne kobiety), a co do areny intelektualnej – sama historia dostarcza wystarczajaco wiele przykladow. Oczywiscie im dalej wstecz, tym mniej kobiet w zyciu intelektualnym/naukowym, ale to nie natura wstrzymywala je przed debiutem, lecz skostniala kultura. Nie wiem, co probuje p. Zalewski tutaj objawic?… "Prawde" o tym, ze kobiety sa mniej od mezczyzn sprawne intelektualnie? W mojej rodzinie co kobieta, to z doktoratem albo na drodze do niego. Niech sie pan laskawie opanuje.
Byc moze istnienie dychotomii natura-kultura nalezy miedzy bajki wlozyc, przejrzec na oczy i dostrzec REALNY obraz sytuacji, gdzie kultura z natura wzajemnie sie warunkuja. Natura zmieniajaca sie pod wplywem kultury – niezmozliwe?
———————–
" Nie mogę odebrać dziecku czegoś, czego ono faktycznie nie posiada. Odbieram mu co najwyżej samowolę i wychowuję w kierunku autentycznej wolności, która pozwala przezwyciężać słabości natury i w przyszłości dokonywać prawdziwie wolnych wyborów."
Takoz Maria Montessori…
————————
"Z tym “dorobkiem pisarskim” to oczywiście przesada."
Pewnie tak. Dorobek maly, czy duzy – z tym juz mniejsza, bo skala zmienia sie zaleznie od srodowiska.
P.S. Milo jest mi zauwazyc, ze odniosl sie pan nareszcie do wyjasnien p.R. Szczypki.
Z podziałem kształcenia na męskie i żeńskie chodzi raczej nie o to, że dziewczynki czegoś pojąć nie mogą, ale o to, że w inny sposób się uczą.
@Anonimowy
Oto lista:
http://spma.com/montessori-method/famous-montessori-alumni/
Ja chciałem się zapytać o tych wychowanków szkół montessoriańskich. Mógłbym się gdzieś zapoznać z ich osiągnięciami ? Kiedyś spierałem się z entuzjastą szkół waldorfskich, jak mu przytoczyłem listę osiągnięć absolwentów takiej szkoły (dumnie wywieszoną w internecie), to momentalnie zamilkł. Celem szkoły nie jest bowiem przechowanie dziecka, tylko przygotowanie do dorosłego życia. Słynące z dyscypliny (wręcz zamordyzmu) szkoły katolickie czy żydowskie dają dziecku szanse na Nobla, pierwszoplanowe role w biznesie czy nauce. Co poza samozadowoleniem oferuje szkoła montessoriańska ?
Poirot
Metoda MM ma juz swoich doroslych wychowankow, ktorzy propaguja ja widzac jak wysmienite skutki odniosla w ich przypadku. To nie jest zadna nowinka. No, chyba, ze w Polsce, ale tez nie sadze. Prosze nie utozsamiac jej z antypedagogika i wychowaniem bezstresowym, bo to jest po prostu bledne generalizowanie.
Ponizej wklejam komentarz wyslany lecz nie zaaprobowany wczesniej przez autora bloga. Cenzuruje go zatem i wklejam raz jeszcze. Byc moze wyjasni cos p.Anieli.
@ Aniela
"Nauczyciele nie muszą wpajać dziecku jego wyższości względem innych. Ono samo to wyczuje, zaobserwuje, wszak sam A.W. napisał, że "założenie jest proste: wszystkie dzieci sa wyjatkowe, zasluguja na szacunek i uwagę"
Współczuję dzieciom, które są tak traktowane, niczym pępek świata."
————-
Traktuje pani "wyjatkowosc", "szacunek", "uwage" co najmniej jakby byly to sformulowania pejoratywne. Oto w konsekwencji, powolujac sie na pani tok rozumowania, prowadzic one maja do jakiejs dziwnej formy dekadencji. To jest dopiero "piruet intelektualny".
Ciekawe zaprawde jak wyobraza sobie pani Alina zajecia w szkolach montessorianskich? Jako kolo wzajemnej adoracji? Balwochwalcze podazanie za kaprysami dziecka? Zajecia w szkole specjalnej, gdzie z reguly kazde dziecko uslyszy, ze jest "specjalne" i "wyjatkowe", ale wiemy, ze jest w tym pewien podtekst? Jak pani to widzi, bo te pani luzne impresje naprawde nie pozwalaja mi wierzyc, ze ma pani chocby mgliste pojecie na temat M. Montessori.
Rozumiem, ze przemawia za tym pani osobiste doswiadczenie. Coz… Skwitowac moge to tylko stwierdzeniem, ze nienajlepiej swiadczy to o efektywnosci pani metod pedagogicznych.
Skoro uwaza pani, ze stosowanie rygoru i przymusu gwarantuje lepszy skutek w edukacji dziecka niz zaszczepienie pasji, entuzjazmu i autentycznej potrzeby wiedzy – stanowi to tylko smutna kompromitacje pani umiejetnosci.
———————
@A. Winder
Proszę mi wytłumaczyć, dlaczego stosowanie rygoru i przymusu traktowane jest jako coś złego? Dlaczego p. A.W. sądzi, że stosując rygor i przymus nie można dziecku zaszczepić pasji, entuzjazmu i autentycznej potrzeby wiedzy?
Jeżeli chodzi o efektywność moich metod wych. opartych na rygoryzmie i przymusie to p A.W. przede wszystkim się myli! :-)))
"…pewne sprawy nie są do końca znane, ludzie nie widzą konsekwencji pewnych idei."
———————————-
Ludzie wpadają jedynie w zachwyt jaka to wspaniała metoda (ta metoda MM) i jaka cudowna atmosfera w szkole czy przedszkolu, jacy genialni wychowawcy. A nie zastanawiają się, co naprawdę wyrośnie z ich dzieci traktowanych metodą MM. Dominuje przekonanie: "najważniejsze, że dziecko jest zadowolone i my jesteśmy zadowoleni"
Myślę, że do czasu!
@A. A. Winder
Cyt:. "Zatem, jednym slowem, chodzilo panu o "podobienstwo". Pozostawic mozna by to bez komentarza, ale kuszace choc o zabarwieniu sarkastycznym (nie ukrywam) zdaje sie powiedziec:
skoro tak, panskie przywiazanie do wychowania ze scislym uwzglednieniem roznic plciowych wydaje sie byc odzwierciedleniem kultury islamskiej (sic!), bo ja tu widze "powinowactwo"!"
Wpływ Rousseau na Montessori to nie tylko “podobieństwo", co: “mniej lub bardziej świadome naśladownictwo”. Podobieństwo może być przypadkowe, naśladownictwo wypływa z "powinowactwa ideowego" i nie jest przypadkowe.
Wychowanie płciowe z uwzględnieniem różnić płciowych wynika z realizmu i znajomości ludzkiej natury. Nie mówię tu o “przegięciach” (islam), ale – powtarzam raz jeszcze – o realizmie. Stosując zaprezentowaną przez Pana logikę “podobieństw” można udowodnić prawie wszystko. Trzeba wykazać jeszcze związki ideowe!
Cyt.:
"dlaczego nie odniosl sie pan do rozwiniecia tego watku przez p.R.Szczypke, ktory wyjasnia, ze sakrament chrztu jest wlasnie rozwiazaniem, poniewaz zmywa z nas grzech pierworodny lub w najgorszym razie utrzymuje go w "zawieszeniu". Dlatego przeraza mnie tok panskich rozwazan, z ktorych wynika, ze Bogu ducha winne dziecie jest wiekszym grzesznikiem od pana lub innego doroslego katolika i na tej podstawie odbiera pan dziecku wolnosc, traktuje je przedmiotowo."
Chrzest zmywa z nas “grzech pierworodny”, przywraca łaskę, ale nie zmywa jego skutków. Skutki związane z brakiem porządku w naturze trwają i człowiek musi się z nimi zmagać.
Św. Tomasz pisał nawet o czterech ranach zadanych ludzkiej naturze przez grzech pierworodny (S. Th. I-IIq.85.a.3).
Nie twierdzę, że dziecko jest większym grzesznikiem ode mnie. Co innego jednak grzech, a co innego brak podstawowych sprawności, które usprawniłyby nieuporządkowaną naturę do życia. W tym sensie nie odbieram dziecku wolności. Nie mogę odebrać dziecku czegoś, czego ono faktycznie nie posiada. Odbieram mu co najwyżej samowolę i wychowuję w kierunku autentycznej wolności, która pozwala przezwyciężać słabości natury i w przyszłości dokonywać prawdziwie wolnych wyborów."
Cyt: "Poza tym, powiedzmy to juz wprost, gdyby zaaprobowal pan teorie Montessori, zanegowalby pan caly swoj dorobek pisarski, obalil wlasny, budowany mozolnie, autorytet. Tu juz nie chodzi o prawde, ale o interes wlasny."
Z tym “dorobkiem pisarskim” to oczywiście przesada. Gdybym pisał w duchu Montessori czy generalnie nowej pedagogiki, postmodernizmu itp, to byłbym wpuszczany na łamy prestiżowych pism pedagogicznych, a może i gazet wielonakładowych. Autorytet byłby większy i np. finanse lepsze. A tak, jest niewielki blog i parę niskonakładowych pism. A Pan pisze, że ponad prawdę przedkładam “interes własny”?
Żart?
Cyt: "Szkodzi pan wlasnemu srodowisku – srodowisku katolickiemu. Apel skierowany do pana przez rodzicow-katolikow, ktorzy efektywnie stosuja metode Montessori w nauczaniu dzieci katechezy nie zasluguje chyba na nic innego jak na aprobate…"
Rozumiem, że chodzi o apel p. Szczypki (chyba, że coś przegapiłem). Nie uważam, żebym szkodził własnemu środowisku. Wręcz przeciwnie – pewne sprawy nie są do końca znane, ludzie nie widzą konsekwencji pewnych idei. Dlatego takie artykuły są potrzebne. Wkrótce zresztą powrócę do artykułu p. Szczypki.
I dalej:
Podobnie jak lekarz ujawnia pacjentowi chorobe, ktorej tamten doswiadcza, tak my wskazujemy na defekty u naszych przyszlych nauczycieli, ktore utrudnialyby ich prace. Mowimy na przyklad: “gniew to wielkie zlo, ktore opanowuje nas, nie pozwalajac na zrozumienie dziecka”. I tak jak zaden grzech nie jest nigdy pozbawiony towarzystwa, tak gniewowi towarzyszy inny grzech – duma. Jest on ukryty pod maska dobra.
Mozemy pokonac nasze zle tendencje na dwa rozne sposoby – z wewnatrz i od zewnatrz. Pierwszy z nich polega na [duchowym] zmaganiu sie z naszymi rozpoznanymi juz defektami. Drugi zas sposob polega na represjonowaniu zachowan/zewnetrznych przejawow, za ktorymi stoja nasze negatywne sklonnosci. Zewnetrzna zgoda i akceptacja standardow przewodnictwa jest wazna o tyle, ze zmusza nas do refleksji (autorefleksji) i czyni swiadomymi popelnionych przez nas bledow. Poszanowanie opinii sasiada daje nam zdolnosc wykrzewienia dumy wlasnej
Pozwole sobie zamiescic tutaj fragment ksiazki M. Montessori ("The Secret of Childhood", przeklad: moj), ktory wydaje sie byc bardzo stosowny w tym momencie dyskusji.
“Duchowe przygotowanie nauczyciela”
Nauczyciel, ktory sadzilby, ze moze przygotowac sie poprzez samodzielne studia, jest w bledzie. Pierwsza z wymaganych rzeczy jest to, aby zostal dobrze przysposobiony do swojego zadania.
Sposob, w jaki obserwujemy dziecko jest nieslychanie wazny. Posiadanie jedynie teoretycznej wiedzy na temat edukacji nie jest wystarczajace.
Obstajemy przy tym, zeby nauczyciel przygotowal sie wewnetrznie poprzez systematyczne studiowanie samego siebie, tak by mogl wyplenic swoje najglebiej zakorzenione defekty, ktore to wlasnie utrudniaja relacje z dziecmi. W celu odkrycia owych podswiadomych slabosci, istnieje potrzeba uzycia specjalnego rodzaju instruktazu. Musimy zobaczyc siebie tak, jak widza nas inni.
Jest to rownoznaczne ze stwierdzeniem, iz nauczuciel musi przejsc inicjacje. Musi rozpoczac studiowaniem swoich wlasnych defektow, swoich wlasnych zlych tendencji zamiast od razu przesadnie angazowac sie w negatywne “tendecje dziecka”, z maniera “naprawiania bledow dziecka”, czy “skutkow grzechu pierworodnego”. Najpierw usuncie belke z wlasnego oka, a nastepnie ujrzycie z cala wyrazistoscia w jaki sposob usunac drzezge z oka dziecka.
Owo wewnetrzne przygotowanie nauczyciela, o ktorym mowie, jest zgola czyms innym od “perfekcyjnosci” poszukiwanej przez religie. Dobry nauczyciel nie musi byc zalkowicie wolnym od slabosci i przewinien. W rzeczy samej, ktos, kto nieustannie nastawiony jest na czynienie swojego wewnetrznego zycia perfekcyjnym, moze nie dostrzec przeroznych defektow, ktore powstrzymuja go przed zrozumieniem dziecka. Musimy byc nauczanymi i gotowymi do zaakceptowania cudzych wskazowek, jezeli chcemy zostac efektywnymi nauczycielami.
@D.Zalewski
"W moim tekście chodziło mi o podobny “przepływ” czy “powinowactwo” idei w przypadku Montessori. Rodzi się ono intuicyjnie, albo pochodzi “z drugiej ręki”, przez pośredników."
Zatem, jednym slowem, chodzilo panu o "podobienstwo". Pozostawic mozna by to bez komentarza, ale kuszace choc o zabarwieniu sarkastycznym (nie ukrywam) zdaje sie powiedziec:
skoro tak, panskie przywiazanie do wychowania ze scislym uwzglednieniem roznic plciowych wydaje sie byc odzwierciedleniem kultury islamskiej (sic!), bo ja tu widze "powinowactwo"! Taka logika ma krotkie nogi, panie Zalewski.
Dalej:
"Co do naturalizmu. Natura ludzka została skażona i jest nieuporządkowana, szczególnie w sferze moralnej."
Tak, ale dlaczego nie odniosl sie pan do rozwiniecia tego watku przez p.R.Szczypke, ktory wyjasnia, ze sakrament chrztu jest wlasnie rozwiazaniem, poniewaz zmywa z nas grzech pierworodny lub w najgorszym razie utrzymuje go w "zawieszeniu". Dlatego przeraza mnie tok panskich rozwazan, z ktorych wynika, ze Bogu ducha winne dziecie jest wiekszym grzesznikiem od pana lub innego doroslego katolika i na tej podstawie odbiera pan dziecku wolnosc, traktuje je przedmiotowo.
Poza tym, powiedzmy to juz wprost, gdyby zaaprobowal pan teorie Montessori, zanegowalby pan caly swoj dorobek pisarski, obalil wlasny, budowany mozolnie, autorytet. Tu juz nie chodzi o prawde, ale o interes wlasny.
Mnie chodzi jednak o co innego. Szkodzi pan wlasnemu srodowisku – srodowisku katolickiemu. Apel skierowany do pana przez rodzicow-katolikow, ktorzy efektywnie stosuja metode Montessori w nauczaniu dzieci katechezy nie zasluguje chyba na nic innego jak na aprobate…
@A.Winder
Nie chodzi o bezpośredni związek z Rousseau, ale o “przepływ” oraz “powinowactwo” idei. Nie sądziłem, że trzeba to wyjaśniać. Taki A. Neill, ten od szkoły “Summerhill”, przyznał w swojej biografii, że Emila
przeczytał 50 lat po założeniu szkoły. W moim tekście chodziło mi o podobny “przepływ” czy “powinowactwo” idei w przypadku Montessori. Rodzi się ono intuicyjnie, albo pochodzi “z drugiej ręki”, przez pośredników.
Co do naturalizmu. Natura ludzka została skażona i jest nieuporządkowana, szczególnie w sferze moralnej. Widać to gołym okiem (przykłady w tekście). Nie znaczy to oczywiście, że całe wychowanie ma być wbrew naturze. Powtarzam: natura jest skażona i dotyczy to szczególnie kwestii moralnych. Dlatego np. nie zakażę dziecku jedzenia, bo jest to zgodne z naturą. Ale trzeba sferę jedzenia miarkować i uporządkować, by dziecko nie nabawiło się wady obżarstwa.
Również podjęty przez Pana przykład wspólnego nauczania chłopców i dziewcząt jest bardzo dobry. Chłopaki i dziewczyny powinny uczyć się osobno, bo są wyraźne różnice w tempie uczenia się, zainteresowaniach itp. Tutaj trzeba słuchać się natury, występowanie przeciwko niej z przyczyn ideologicznych (równouprawnienie i takie tam) jest po prostu nieracjonalne. (Montessori stoi tu po stronie “równouprawnienia” i to też daje dużo do myślenia.)
Choć naturalny rozwój umysłowy wymaga na pewnym etapie izolacji chłopców i dziewcząt, to jest ona wskazana również z uwagi na kwestie wychowania płciowego.
Nie ma zatem w tym co piszę o naturalizmie żadnej sprzeczności.
PS. Rozśmiesza mnie Pan tą swoją nadętością i erudycyjnością. Więcej meritum, a nie indywidualnych wycieczek. Ja również potrafię być złośliwy, ale nie chce mi się tracić czasu na jakieś swary i pyskówki. “Wycieczki” skierowane do mnie jakoś jeszcze toleruję, choć już nie za długo. Złośliwe komentarze skierowane do innych Czytelników będę jednak konsekwentnie wycinał (albo nie dopuszczał do druku, tak właśnie zrobiłem w jednym przypadku).
Koryguje swoj wpis z dnia poprzedniego, gdyz wlasnie czytam go ponownie:
" (…) daje pan wyraz swojemu brakowi erudycji" oczywiscie (lub "swojego braku erudycji"), a nie "braku erudycji" co jest konstrukcja pomiedzy – wynik rozproszenia, ale skromnie naprawiam wpadke.
Aniela pisze…
"Czy uwaza pani za lepsza sytuacje, w ktorej stoi pani nad synem stosujac "rygor" i tak wymuszajac na nim odrobienie pracy domowej, czy sytuacje, w ktorej sam chetnie siada do ksiazek i z zadowoleniem oraz satysfakcja zdobywa wiedze o swiecie?"
——————
Sytuacja z rygorem jest lepsza, bo prawdziwa. Sprawdza się w życiu.
————————-
Rozumiem, ze przemawia za tym pani osobiste doswiadczenie. Coz… Skwitowac moge to tylko stwierdzeniem, ze nienajlepiej swiadczy to o efektywnosci pani metod pedagogicznych.
Skoro uwaza pani, ze stosowanie rygoru i przymusu gwarantuje lepszy skutek w edukacji dziecka niz zaszczepienie pasji, entuzjazmu i autentycznej potrzeby wiedzy – stanowi to tylko smutna kompromitacje pani umiejetnosci.
Jestem oskarżany o "nadęcie", czytając "nadęty", pisany z wyżyn "filozofa", komentarz. Rzeczywiście osobliwe. "Filozofa", który wie, że Montessori nie ma związku z naturalizmem pedagogicznym. Coraz bardziej osobliwe. – pisze p.Zalewski
Coz…po raz kolejny daje pan wyraz swojemu braku erudycji. Okreslenie to jest nagminne, zwlaszcza w oswieceniowych polemikach filozoficznych, ale ma swoje korzenie juz w starozytnych satyrach. Ma pan urlop, mozna poczytac…
Po raz kolejny powtorze, tym razem dobitniej: Montessori nie ma zwiazku z naturalizmem tak, jak pan go pojmuje, powolujac sie na jej bezposredni zwiazek z Rousseau,z ktorym, tak na marginesie ma pan wiecej wspolnego, niz sama M.M. Jakze to? Ano tak:
1) Wszystko pochodzi z rak Stworcy, a cywilizacja jest glownie zrodlem grzechu, skrzywienia ludzkiej natury, przyczyna mordow, gwaltow, deformacji instynktow (brzmi znajomo?)
2)Wychowanie dzieci ze wzgledu na ich płec, czyli podzial na role meskie i zenskie, wpajanie im pewnych archetypowych zachowan wynikajacych z zakorzenionych w naturze cech (o, nie! to nie Montessori, ale pan we wlasnej osobie, jak rowniez i ojciec pedagogiki naturalistycznej pielegnuje ten poglad!)
To tylko pierwsze analogie, ktore przyszly mi na mysl bez zbednego nadwyrezania umyslu. Dodajmy tylko: sa tu kluczowe poglady w mysli Rousseau, z ktorymi M. Montessori nie zgadza sie w calej rozciaglosci.
Prosty leniwy umysl zaslyszawszy haslo "natura" i "wolnosc", nie zwaza na kontekst i sposob w jaki zostaly zdefiniowane oraz omowione w kilku roznych dzielach. Dlatego zakrzyknie ochoczo NATURALIZM! Umysl gleboki zas otwarty jest na przyswajanie nowych tresci i raczej z satysfakcja odda sie naukowym wytrwalym studiom osadzanej literatury zanim wyda osad na podstawie miernej jej znajomosci.
@ R. S.
W zasadzie do tego co Pan pisze już się odnosiłem.
Co do odbierania dziecku wolności?
Jeśli dziecko źle postępuje zawsze odbieram mu wolność, jestem wtedy "totalitarysto"! Jeśli postępuje dobrze – pozostawiam mu wolność.
"wiec zapewniam Pania, ze wbrew ich intencjom byloby wpajanie dziecku jego wyzszosci wzgledem innych. Zalozenie jest proste: wszystkie dzieci sa wyjatkowe, zasluguja na szacunek i uwage. "
——————————
Nauczyciele nie muszą wpajać dziecku jego wyższości względem innych. Ono samo to wyczuje, zaobserwuje, wszak sam A.W. napisał, że "założenie jest proste: wszystkie dzieci sa wyjatkowe, zasluguja na szacunek i uwagę"
Współczuję dzieciom, które są tak traktowane, niczym pępek świata.
Przypominam, że dla chrześcijan wszystkie dzieci są stworzone przez Boga, więc należy im się szacunek, a więc i uwaga. Nawet dla ateisty powinno być to zasadą, by szanować wszystkich ludzi.
"Przy czym nauczyciele to osoby po wieloletnim treningu i intensywnych warsztatach"
—————————–
Czy można spytać co tak intensywnie trenują?
@ D. Zalewski
'Zacytowałem Panu, że nawet w słownikach o tym piszą, a Pan tego nie przyjmuje.'
Oczywiście, że nie przyjmuję. Czy to wszystko co w słowniku piszą na ten temat to 'pedagogika M.Montessori była oparta na założeniach …naturalizmu pedagogicznego' czy argumentują to w jakiś sposób?
'W tekście odniosłem się także do tego, że M.M. posługiwała się "swobodą kontrolowaną", ograniczoną (zresztą Rousseau także). Naprawdę mam to wszystko powtarzać?'
Nie, nie musi Pan powtarzać. 'Swoboda kontrolowana', a co to w zasadzie wg Pana znaczy – sam Pan przyznał w jednym ze swoich komentarzy, cytuję: 'Słowem – ja też zostawiam dziecku niekiedy swobodę wyboru (nie trzymam go w dybach), czasami z przymrużeniem oka podchodzę do kwestii karania(gdy roztropnie uznam, że konkretna sytuacja nie jest wynikiem złej woli dziecka i nie jest ważna moralnie).' Czy to nie jest wg Pana 'swoboda kontrolowana'? Ma być niekontrolowana, czy też ma się z dziecka uczynić całkowitego niewolnika odbierając mu wszelką wolność?
'Z kolei to, że naturalizm jest niezgodny z nauczaniem Kościoła zawarte jest w cytowanej przeze mnie encyklice. Też mam to powtarzać?'
Dlatego napisałem, że przoszę pisać o tym, że w jednej z encyklik naturalizm został uznany jako niezgodny z nauczaniem Kościoła. To jednak oznacza, że naturalizm jest niezgodny, a nie, że sama pedagogika Montessori jest niezgodna, bo jak już pisałem argumenty, które Pan przedstawia, a które rzekomo mają łączyć Montessori bezpośrednio z Rousseau są błędne.
Uwaga Czytelnicy i Komentatorzy!!!
Z uwagi na wyjazd i odcięcie od Internetu przestawiam funkcje komentarzy na "monitorowanie przed opublikowaniem".
Komentarze opublikuję wraz z odpowiedziami za 2-3 tygodnie.
Pozdrawiam
@ R. Szczypka
Uważa Pan, że nie obaliłem Pana argumentacji o braku związku M.M. z naturalizmem. Zacytowałem Panu, że nawet w słownikach o tym piszą, a Pan tego nie przyjmuje. Cóż, oprócz tego, co napisałem w tekście nie mam nic do dodania i nie uważam, żeby Pan coś tu obalił.
W tekście odniosłem się także do tego, że M.M. posługiwała się "swobodą kontrolowaną", ograniczoną (zresztą Rousseau także). Naprawdę mam to wszystko powtarzać?
Z kolei to, że naturalizm jest niezgodny z nauczaniem Kościoła zawarte jest w cytowanej przeze mnie encyklice. Też mam to powtarzać?
@ Dariusz Zalewski
Poraz kolejny nie obalił Pan w swoim komentarzu moich argumentów pokazujących, że Maria Montessori ma z naturalizmem co najwyżej tyle wspólnego, że w jej pracy pisze o dziecku.
Jeśli w swoim artykule opiera się Pan na pracy P. Surmy to proszę zauważyć, że autorka opisuje krytyczne oceny dzieła pedagogicznego Marii Montessori, ale już w pierszym akapicie pisze: 'Wśród tych ocen utarło się niewłaściwe rozumienie idei samoczynnego wychowania i samowychowania, które M. Montessori wyprowadziła z tezy, że dziecko jest budowniczym samego siebie.' Podkreśliłbym tu 'niewłaściwe zrozumienie', bo jest ono również podstawą Pańskiego artykułu. Jak pokazałem w moim artykule niewłaściwie rozumie Pan kwestie odrzucenia nagród i kar oraz swobody w pedagogice Montessori.
Czytając dalej pracę P. Surmy czytamy:
'Jednak najbardziej dokuczliwą stawała się dla niej nieustająca walka z filozofami i duchownymi, przypisującymi jej różne opinie. Jedną z tak „dodanych” i powielanych opinii, spotykanych również w polskiej literaturze, było stwierdzenie, iż M. Montessori jest kontynuatorką J. J. Rousseau, a zatem zgadza się z jego tezą, że „wszystko w człowieku jest dobre, ale wszystko się niszczy w kontakcie ze społeczeństwem”…Twierdzono, że to, co J. J. Rousseau opisał w książce, M. Montessori miała wprowadzić do szkół. Autorka ta skarżyła się, że w osobistej konfrontacji nigdy nie akceptowano jej wyjaśnień i argumentów.'
Jeśli chodzi o ciągłe odwoływanie się w Pana artykule do grzechu pierwordonego to muszę stwierdzić, że wykazywanie skutków grzechu pierworodnego w takich zachowaniach dziecka jak płacz, złoszczenie się, nieodkładanie rzeczy na miejsce jest z Pana strony pomniejszeniem nauki o grzechu pierworodnym i infantylizowaniem go.
Większość dzieci otrzymuje Chrzest św. w Kościele w pierwszych tygodniach swojego życia, co związuje go na zawsze z Chrystusem i daje mu udział w Jego łasce. Chrzest nie powoduje co prawda usunięcia skutków zmazy pierworodnej, czyli tego osłabienia woli i nieuporządkowanych popędów, ale zmywa z nas sam grzech pierworodny i kieruje na drogę ku prawdzie i dobru.
'Te związki są oczywiste i trudno mi zmienić zdanie.'
Moim celem jest wykazanie, że przedstawione przez Pana argumenty są błędne i wynikają z niezrozumienia. Nie mam na celu zmienienia Pańskiego zdania, bo może je Pan sobie mieć, jakie chce. Niepokojące jest jednak, że próbuje Pan pisać krytycznie o temacie, na którym się Pan nie zna wystarczająco, a jednocześnie ma Pan odwagę sugerować, że pedagogika Montessori jest niezgodna z nauką katolicką.
Jeśli Pan wie czym jest naturalizm pedagogiczny i że jest on niezgodny z nauką kościoła to proszę napisać o tym artykuł, a nie starać się podciągnąć i jak Pan to określił 'jałowo' wykazywać związków między naturalizmem a Montessori, których nie ma, przynajmniej w argumentach, które Pan przedstawił. No chyba, że ma Pan inne trafne argumenty to wtedy postaram się do nich odnieść.
@Aniela
Myli Pani 'odrzucenie kar i nagród', o których Pan Dariusz pisze w swoim artykule, z 'opdrzuceniem nakazów i zakazów w wychowaniu' co prawdą dla pedagogiki Montessori nie jest.
Niedopuszczalne w pedagogice Montessori jest choćby robienie krzywdy drugiemu, zabieranie czyjejś własności. Takie działania dziecka są natychmiast przerywane, a dziecko dowiaduje się o skutkach swojego postępowania oraz jak należy postępować właściwie.
"Czy uwaza pani za lepsza sytuacje, w ktorej stoi pani nad synem stosujac "rygor" i tak wymuszajac na nim odrobienie pracy domowej, czy sytuacje, w ktorej sam chetnie siada do ksiazek i z zadowoleniem oraz satysfakcja zdobywa wiedze o swiecie?"
——————
Sytuacja z rygorem jest lepsza, bo prawdziwa. Sprawdza się w życiu.
@A. Winder
Jestem oskarżany o "nadęcie", czytając "nadęty", pisany z wyżyn "filozofa", komentarz. Rzeczywiście osobliwe. "Filozofa", który wie, że Montessori nie ma związku z naturalizmem pedagogicznym. Coraz bardziej osobliwe.
Później czytam pogardliwą uwagę w kierunku p. Anieli: "czy wie o czym pisze". Skwituję to cytatem: "Bardzo drażniące".
Cyt.: "Arogancja autota tekstu przejawia sie jeszcze w wyjatkowo zachlannym uzurpowaniu sobie prawa do decydowania o tym, co mozna, a czego nie nazwac chrzescijanskim."
Ja sobie niczego nie uzurpuję, tylko stwierdzam fakt: naturalizm pedagogiczny nie jest chrześcijańskim poglądem. Pomimo piruetów intelektualnych zastosowanych przez Montessori i jej naśladowców.
@ Rafał Szczypka
Obawiam się, iż dowodzenie jakoby M. Montessori nie miała związku z naturalizmem pedagogicznym jest dowodzeniem jałowym. Te związki są oczywiste i trudno mi zmienić zdanie. Dla potwierdzenia – nie wierząc sam sobie – biorę do ręki, choćby "Słownik pedagogiczny" W.Okonia i czytam tam, że pedagogika M.Montessoei była oparta na założeniach …naturalizmu pedagogicznego.
Inną sprawą jest usilne łagodzenie przez Montessori skutków założeń, z których wychodzi. Nie twierdzę, że w konkretnych przypadkach zastosowanie tej metody przyniesie zawsze antykatolicki efekt, twierdzę jednak, że u założeń metody leży naturalizm,który jest niezgodny z tradycyjną wiarą katolicką.
Pani Anielo, czy Pani ma w ogole pojecie o czym Pani mowi wypowiadajac rezolutnie opinie na temat wychowania w osrodkach montessorianskich? Nie jest to pytanie ironiczne, jedynie moja nieposkromiona ciekawosc.
Aniela:
"Poza tym takie cały czas obserwowanie dziecka, wyczulenie się na jego potrzeby prowadzi prosto to pyszałkowatości dziecka."
"Pyszałkowatośc" doprowadzila mnie niemal do osuniecia sie z krzesla…
Otoz nie, nie doprowadzi. Szkoly, gdzie prowadzi sie tego rodzaju obserwacje nazwane sa wprost LABOLATORIAMI, co oznacza, ze wychowawca obserwuje i wspolpracuje z dzieckiem w sposob bardzo dyskretny, niemal niezauwazalny. Przy czym nauczyciele to osoby po wieloletnim treningu i intensywnych warsztatach, wiec zapewniam Pania, ze wbrew ich intencjom byloby wpajanie dziecku jego wyzszosci wzgledem innych. Zalozenie jest proste: wszystkie dzieci sa wyjatkowe, zasluguja na szacunek i uwage. Nie wiem kto przy zdrowych zmyslach chcialby z tym polemizowac. M. Montessori u progu swojej dzialalnosci przygarniala pod swoje skrzydla dzieci ubogie (gdzie rodzice byli rowniez niepismienni) i osierocone lub porzucone. Nauczyla je samodyscypilny, troski o dobro innych, samodzielnego wyznaczania sobie celow, entuzjazmu do nauki. Czy uwaza pani za lepsza sytuacje, w ktorej stoi pani nad synem stosujac "rygor" i tak wymuszajac na nim odrobienie pracy domowej, czy sytuacje, w ktorej sam chetnie siada do ksiazek i z zadowoleniem oraz satysfakcja zdobywa wiedze o swiecie?
"Krazy on obsesyjnie dookola motywu konsekwencji grzechu pierworodnego i jest to jedyna racja, ktorej uparcie sie trzyma,"
——————-
Ja tu nie zauważyłam żadnej obsesji, lecz konsekwencję w wykazaniu błedu koncepcji montesoriańskiej. Bo skoro człowiek od urodzenia obciążony jest skutkami grzechu pierworodnego (ma osłabioną wolę i nieuporządkowane popędy) to bardzo nierozsądnym opdrzucenie nakazów i zakazów w wychowaniu. Skąd małe dziecko ma wiedzieć co jest dobre a co złe?
Poza tym takie cały czas obserwowanie dziecka, wyczulenie się na jego potrzeby prowadzi prosto to pyszałkowatości dziecka. Może ugruntować myślenie tego dziecka: "no bo skoro tak wszyscy mi się przyglądają i są dla mnie tacy dobrzy to ja muszę być kimś wyjątkowym".
Zaprawde zadziwia mnie arogancja i bezpardonowosc z jaka autor artykulu rozprawia sie z wieloletnia praca doktor M. Montessori. Sprawa potraktowana jest tak zdawkowo i z bardzo ograniczona znajomoscia filozofii montessorianskiej, ze nadecie "intelektualne" pedagoga klasycznego, ktory splodzil owy artykul wydaje sie doprawdy smieszne. Krazy on obsesyjnie dookola motywu konsekwencji grzechu pierworodnego i jest to jedyna racja, ktorej uparcie sie trzyma, bedac slepym na wyjatkowo czytelne inspiracje M. Montessori Nowym Testamentem, a szczegolnie postawa Jezusa wobec dzieci. Obawiam sie jednak, ze autor nigdy sie na nie nie natknal, kartkujac opracowania na temat Montessori – tej rzekomej kontynuatorki filozofii naturalistycznej.
Dodam tylko, iz mam wyksztalcenie filozoficzne i doprawdy nie widze zwiazku.
Arogancja autota tekstu przejawia sie jeszcze w wyjatkowo zachlannym uzurpowaniu sobie prawa do decydowania o tym, co mozna, a czego nie nazwac chrzescijanskim. Bardzo drazniace.
Zaprawde zadziwia mnie arogancja i bezpardonowosc z jaka autor artykulu rozprawia sie z wieloletnia praca doktor M. Montessori. Sprawa potraktowana jest tak zdawkowo i z bardzo ograniczona znajomoscia filozofii montessorianskiej, ze nadecie "intelektualne" pedagoga klasycznego, ktory splodzil owy artykul wydaje sie doprawdy smieszne. Krazy on obsesyjnie dookola motywu konsekwencji grzechu pierworodnego i jest to jedyna racja, ktorej uparcie sie trzyma, bedac slepym na wyjatkowo czytelne inspiracje M. Montessori Nowym Testamentem, a szczegolnie postawa Jezusa wobec dzieci. Obawiam sie jednak, ze autor nigdy sie na nie nie natknal, kartkujac opracowania na temat Montessori – tej rzekomej kontynuatorki filozofii naturalistycznej.
Dodam tylko, iz mam wyksztalcenie filozoficzne i doprawdy nie widze zwiazku.
Arogancja autota tekstu przejawia sie jeszcze w wyjatkowo zachlannym uzurpowaniu sobie prawa do decydowania o tym, co mozna, a czego nie nazwac chrzescijanskim. Bardzo drazniace.
'Obserwacja dzieci? Po prostu dzieci wiedziały, że mają odkładać materiał na miejsce, bo takie dostały polecenie, bo takie były zasady.
Czy obserwacja dziecka może mieć jakiś nadzwyczajny wpływ na samo dziecko?'
W komentarzu nie piszę, że obserwacja zmieniła dzieci, ale że obserwacja dzieci spowodowała, że Montessori zmieniła sposób w jaki materiały były dostępne dla dzieci. Zamknięte szafki zamieniła na szafki otwarte do których dzieci mają swobodny dostęp.
W przypadku, który opisywałem, dzieci nie dostały polecenia odkładania na półkę, bo materiały na półke zawsze odkładał nauczyciel, a dzieci nie miały do niej dostępu. Nauczyciel nie pozwalał zbliżać się w czasie odkładania materiałów na półkę bojąc się, że dzieci będą chciały zabrać z półek inne materiały. Pewnego razu stało się jednak tak, że szafka przez nieuwagę nie została zamknięta, a dzieci same zabierały z niej materiały i odkładały je z powrotem.
Odkładanie rzeczy na półkę nie jest w podejściu Montessori zasadą wymaganą na dziecku przymusem czy rozkazem. Dziecko uczy się odkładania na półkę poprzez przykład kolegów oraz nauczyciela. Nauczyciel oczywiście zachęca dziecko do odłożenia rzeczy na półkę (a kto nie zachęca własnych dzieci do odkładania rzeczy na swoje miejsce?), bo to pomaga utrzymać w otoczeniu porządek (proszę zauważyć jaka ogromna ilość materiałów znajduje się w klasie Montessori i co by się stało, gdyby one wszystkie były porozrzucane), a jeśli dziecko nie chce tego samodzielnie zrobić po prostu nauczyciel odkłada na półkę sam. Po pewnym czasie dziecko zaczyna odkładać materiały z własnej woli – nie jest to tylko abstrakcyjna teoria, ale doświadczam tego na przykładzie mojego dziecka, a także dzieci w Atrium i w klasach Montessori, które było mi dane obserwować.
"Obserwacja dzieci zmieniała jednak i to, bo dzieci zapragnęły same odkładać materiały na swoje miejsce, a samodzielnie zabierając materiał z półki, wiedziały, gdzie on ma się znaleźć po skończonej pracy."
Obserwacja dzieci? Po prostu dzieci wiedziały, że mają odkładać materiał na miejsce, bo takie dostały polecenie, bo takie były zasady.
Czy obserwacja dziecka może mieć jakiś nadzwyczajny wpływ na samo dziecko?
Zmartwiło mnie, że nie odniósł się Pan w swoim komentarzu do postawionej przez Pana w artykule tezy, jakoby podejście zaproponowane przez Marię Montessori miało bliskie związki z naturalizmem pedagogicznym Rousseau, a obawiam się, że postawione przez Pana argumenty nie są trafne, co starałem się wykazać w moim artykule.
Nie chciałbym, aby katoliccy rodzice czytając tego typu artykuł zdobyli przeświadczenie, że podejście zaproponowane przez Marię Montessori i katolicyzm wykluczają się, bo Montessori łączą ścisłe związki z naturalizmem pedagogicznym Rousseau i odrzucieniem nauki o grzechu pierworodnym. Sprawa nie wygląda tak prostolinijnie, a dla mnie argumenty przedstawione w Pana artykule są tendecyjne i mijają się z prawdą na temat pedagogiki zaproponowanej przez Montessori. Niezorientowany jednak w sprawie człowiek, może szybko odnieść wrażenie, że podejście Montessori kłóci się z chrześcijaństwem i bez głębszego poznania problemu przekazywać tę błędną informację dalej.
'Problem w tym, że to co dla mnie jest dopuszczalne, w pedagogice Montessori jest zasadą, gdyż Autorka wychodzi z pewnego ideologicznego projektu i jest mu, mimo swego katolicyzmu, wierna.'
Z tym też nie mogę się zgodzić. Maria Montessori w swych tekstach nie narzucała nauczycielowi czy rodzicowi dokładnych zasad odnoszenia się do każdej kwestii związanej z edukacją czy wychowaniem dziecka. Stanowczo pisze, że wychowawca nie powinien mieć wątpliwości w powstrzymaniu dziecka, którego zachowanie nie prowadzi do dobrego, a ma wspierać i szanować momenty, w których dziecko robi coś dobrego, np poprzez nie przerywanie mu, danie mu czasu na skończenie tego, co robi.
Uważam, że Montessori oczywiście opierała się w swojej pracy na dorobku naukowym innych osób pracujących z dziećmi. Nie podeszła ona jednak do dzieci z ideologicznym projektem w głowie, który postanowiła wdrożyć, ale zaczęła od obserwacji dzieci, a dostrzegając ich potrzeby próbowała znaleźć motywy, które najlepiej na te potrzeby dziecka odpowiedzą: mądry, roztropnu i pokorny nauczyciel, rodzic oraz odpowiednio przygotowane otoczenie. Można o tym przeczytać chociażby w książce 'The Secret of Childhood'. Montessori w swojej pracy z dziećmi zaczęła jak to było przyjęte od używania kar i nagród, a porzuciła je ze względu na obserwację, jak to już opisywałem w artykule. Ideologiczny projekt możnaby jej zarzucić, gdyby rozpoczęła swoją pracę z dziećmi z takim właśnie zamysłem: likwiduję nagrody i kary, bo uważam, że tak będzie lepiej. Tak samo rzecz ma się ze swobodnym dostępem do materiałów dydaktycznych przez dzieci. Na początku te materiały były zamknięte w komodzie, do której dostęp miał tylko nauczyciel i to on te materiały z półki wyjmował i je tam na koniec dnia chował. Obserwacja dzieci zmieniała jednak i to, bo dzieci zapragnęły same odkładać materiały na swoje miejsce, a samodzielnie zabierając materiał z półki, wiedziały, gdzie on ma się znaleźć po skończonej pracy.
Dziękuję za zainteresowanie moim tekstem i obszerną polemikę. Jednak pozostanę przy swoich poglądach. Zdaje sobie sprawę, że pedagogika jest sztuką i dlatego wymaga przede wszystkim umiejętności praktycznych i roztropności. Spór wśród pedgogów rozpoczyna się najczęściej w sytuacjach złożonych wychowawczo: np. czy stosować karę, dawać więcej swobody itp. Sztuka wymaga by w takich momentach postępować roztropnie i nie popadać w niepotrzebne ideologizacje. Słowem – ja też zostawiam dziecku niekiedy swobodę wyboru (nie trzymam go w dybach), czasami z przymrużeniem oka podchodzę do kwestii karania(gdy roztropnie uznam, że konkretna sytuacja nie jest wynikiem złej woli dziecka i nie jest ważna moralnie). Problem w tym, że to co dla mnie jest dopuszczalne, w pedagogice Montessori jest zasadą, gdyż Autorka wychodzi z pewnego ideologicznego projektu i jest mu, mimo swego katolicyzmu, wierna.
Pozdrawiam
Witam serdecznie, nazywam się Rafał Szczypka i pedagogiką Montessori interesuję się od 3 lat. Razem z żoną prowadzimy blog na temat wychowania dzieci, który został zainspirowany naszym odkryciem pedagogiki Montessori: http://www.bycrodzicami.pl, a także jesteśmy katechetami dla dzieci w wieku od 3 do 6 lat wg katechezy Dobrego Pasterza, rozwijającej się od ponad 50 lat, a rozpoczętej przez Sofię Cavalletti (biblistkę) oraz Giannę Gobbi (nauczycielkę Montessori).
Moją odpowiedź na Pana artykuł opublikowałem na własnej stronie, ponieważ okazała się ona za długa, by dodać ją tutaj w komentarzach. Zapraszam więc do lektury artykułu
W odpowiedzi na artykuł Montessori a naturalizm pedagogiczny
podzielam zdanie kolegi w postaci tego artykułu!